Szanowni Państwo,

Medycyna Praktyczna wykorzystuje w swoich serwisach pliki cookies i inne pokrewne technologie. Używamy cookies w celu dostosowania naszych serwisów do Państwa potrzeb oraz do celów analitycznych i marketingowych. Korzystamy z cookies własnych oraz innych podmiotów – naszych partnerów biznesowych.

Ustawienia dotyczące cookies mogą Państwo zmienić samodzielnie, modyfikując ustawienia przeglądarki internetowej. Informacje dotyczące zmiany ustawień oraz szczegóły dotyczące wykorzystania wspomnianych technologii zawarte są w naszej Polityce Prywatności.

Korzystając z naszych serwisów bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie plików cookies i podobnych technologii, opisanych w Polityce Prywatności.

Państwa zgoda jest dobrowolna, jednak jej brak może wpłynąć na komfort korzystania z naszych serwisów. Udzieloną zgodę mogą Państwo wycofać w każdej chwili, co jednak pozostanie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania dokonanego wcześniej na podstawie tej zgody.

Klikając przycisk Potwierdzam, wyrażacie Państwo zgodę na stosowanie wyżej wymienionych technologii oraz potwierdzacie, że ustawienia przeglądarki są zgodne z Państwa preferencjami.

Fotografia

Anna Bas, Małopolski Ogród Sztuki w Krakowie

    „[...] fałszywa na poziomie postrzegania, prawdziwa na poziomie czasu.
    [...] Szalony obraz, ocierający się o rzeczywistość”.

    Roland Barthes


Fot. pixabay.com

Młody mężczyzna spogląda wprost na nas. Szczupła twarz. Na kołnierz płaszcza błyszczącymi falami opadają długie włosy. To nieodparte wrażenie, że gdybyśmy tylko mogli dotknąć powierzchni obrazu, to poczulibyśmy gładkość rękawów płaszcza, ciepło grubego aksamitu, delikatność włosków futra, chłód białego jedwabiu koszuli. Palcami prawej dłoni, subtelnym gestem mężczyzna dotyka futrzanego kołnierza. Z portretu emanuje spora doza narcystycznego zadowolenia. Jakby zwracał się do nas: „Spójrzcie! Oto jestem. Ja, młody, świadom własnej urody, elegancko ubrany”. W monachijskiej Starej Pinakotece sporo odwiedzających. Przed portretem chłopak również z długimi lokami, trzymając telefon na przyrządzie nazywanym selfie stick, robi sobie zdjęcie. Selfie z Dürerem w tle.

W 1500 roku Albrecht Dürer uwiecznił siebie na obrazie znanym jako „Autoportret w futrze”. Po prawej stronie widoczna jest łacińska inskrypcja: „Albertus Durerus Noricus/ ipsum me propriis sic effin/ gebam coloribus aetatis/ anno XXVIII”, co znaczy: „Albrecht Dürer Norymberczyk tak dobrymi farbami przedstawiłem siebie samego w wieku 28 lat”. Gest dłoni artysty przywołuje gest błogosławieństwa z obrazów przedstawiających Chrystusa. To nawiązanie do ikonicznego wizerunku Zbawiciela zdaniem niektórych historyków sztuki spowodowało, że autoportret zachował prywatny charakter i pokazywany był wyłącznie wąskiej grupie przyjaciół. Autoportret jest zawsze dokumentem autobiograficznym. Nie tylko zachowuje dla potomnych twarz portretowanego, emocje, szczegóły pozwalające określić epokę, pozycję społeczną, okoliczności powstania obrazu, lecz przede wszystkim wyobrażenie twórcy o sobie samym. Takim się widział i takim chciał być widziany.

Autoportret to także pragnienie samopoznania. Spoglądamy na siebie, obserwujemy się, nadajemy sobie kształt, utrwalamy nie tylko naszą powierzchowność, ale i nasze wnętrze, czasem odsłaniamy więcej, niż chcielibyśmy pokazać. A czasami pokazujemy więcej, niż inni są w stanie znieść. Miliony czy raczej miliardy obrazów unoszących się w internetowej przestrzeni Instagrama, Twittera, Facebooka. Nieustające utrwalanie siebie w różnych sytuacjach, miejscach i towarzystwie. Na pierwszym planie zawsze „ja”: w ciemnych okularach, w starym futrze z nowym mężem, na pustyni, pod mostem, przed i po kuracji odmładzającej, przed utratą nogi i po utracie zmysłów. W tle katedra Notre Dame, zachód słońca nad morzem, Giewont we mgle, graffiti na murze, okładka książki, mniej lub bardziej znana osoba, mniej lub bardziej szykowny samochód, talerz z wykwintnie zaaranżowanym makaronem i puste miejsce po nieustannie znikającym kocie z Cheshire. W kwestionariuszu Minnesota Multiphasic Personality Inventory (MMPI-2) znajduje się między innymi stwierdzenie „jestem ważną osobą”; można na nie odpowiedzieć „tak” lub „nie”. W latach 50. ubiegłego wieku na to pytanie pozytywnie odpowiadało 7–10% osób, obecnie około 70%.

Podobno pionierem selfie był Nathan Hope, młody Australijczyk, który w czasie urodzin kolegi we wrześniu 2002 roku nieco przesadził z alkoholem, potknął się na schodach i wybił sobie zęby. Parę dni później szukał na forum internetowym porad, czy oblizując wargi, sprawi, że szybciej się zagoją. Właśnie w tym wpisie ze zdjęciem miało po raz pierwszy paść słowo „selfie”: „Przepraszam za kadr, ale to było selfie”. Po ogłoszeniu słowa „selfie” słowem roku 2013 australijski dziennik ABC odnalazł Hope’a, który wyjaśnił, że słowo to w grupie jego znajomych było używane na określenie zdjęcia zrobionego samemu sobie. Podobno niedługo ma powstać w Los Angeles muzeum selfie. Przestrzeń dawnego domu handlowego o powierzchni 8000 m2 zostanie podzielona na dwie części. Pierwsza będzie poświęcona historii autoportretu.
Druga współczesnym artystom, którzy stworzyli dzieła inspirowane kulturą autoportretów. Od malowideł w Lascaux do osi czasu na Facebooku. Pomysłodawcy, Tommy Honton oraz Tair Mamedov, zdecydowali, że założą muzeum selfie po tym, gdy stwierdzili, że powstaje więcej selfie z Moną Lisą w paryskim Luwrze, niż zdjęć samego obrazu. Badania prowadzone na Uniwersytecie Birminghamskim pokazują, że 65% młodych osób jest przekonanych, że publikowanie selfie w mediach społecznościowych pomaga im wzmocnić swoją pewność siebie. Dla 40% ważne jest też „prezentowanie światu swojej najlepszej twarzy”. Dawno, dawno temu ludzie uwieczniali na fotografii tylko wyjątkowe, najważniejsze momenty życia. Ślub, narodziny, ukończenie szkoły, spotkanie rodzinne, śmierć. Biedniejsi często korzystali z usług wędrownych fotografów podróżujących ze swoim warsztatem z miasta do miasta, z osady do osady. Za zdjęcia zrobione przez nich płacono niższą cenę niż w atelier u zawodowego fotografa. Zamożniejsi udawali się do zakładu fotograficznego, gdzie oprócz fotografa pracowali m.in. retuszer, introligator, kopista, operator czy pozer. Ten ostatni odpowiadał za ustawienie modela w odpowiedniej pozycji i zadbanie o to, by kierował wzrok we właściwą stronę i uśmiechał się stosownie do sytuacji. Pozer układał fałdy eleganckiej sukni, poprawiał włosy i biżuterię. Do jego zadań należało nie tylko dobranie odpowiedniego oświetlenia, ale też zabawianie klientów miłą rozmową. Tak w pełnych godności pozach, w wybranych na tę okazję najlepszych ubraniach, wypolerowanych butach, z wypomadowanymi wąsami, z głową unieruchomioną za pomocą specjalnego przyrządu, w dopiętych sztywnych kołnierzykach, z kunsztownie ułożonymi fryzurami i tabakierą lub koronkową chusteczką w dłoni zastygali na następne stulecie. Wizyta w atelier fotografa była wydarzeniem niecodziennym. W lokalnej prasie można było przeczytać o zakładzie Wilkoszewskiego w Łodzi, że „urządzony elegancko i według najnowszych wymagań sztuki fotograficznej. Zdjęcia wykonywa nowym sposobem momentalnym. Portrety różne do naturalnej wielkości koloryzuje olejno. Ceny umiarkowane”. W Krakowie Olmy oznajmiał, że „wykonuje fotografie od najmniejszego formatu do naturalnej wielkości, fotografie kolorowane akwarelą lub farbami olejnemi, fotografie na pigmencie, porcelanie, platynotypie” oraz że „zdejmuje z natury grupy, widoki i budowle”.

Kiedy fotografia była już gotowa, w formie usztywnionego kartonika, z ozdobną sygnaturą zakładu, który ją wykonał na odwrocie (Mroczkowski w Tarnowie informował, że „klisze przechowuje się”, a „wszelkie naśladownictwo zastrzega się”) znajdowała miejsce w ozdobnym albumie, obramowana na ścianie lub etażerce. Najbardziej popularne były niedużego formatu, indywidualne portrety fotograficzne robione „na pamiątkę”, które można było zabrać w podróż czy podarować bliskiej osobie. Często na rewersach pisano odręczne dedykacje np.: „W dowód sympatii na pamiątkę ofiaruję swoją podobiznę Krysi, Janka S.”. Fotografowano się z najlepszym kolegą ze szkoły, ukochanym dziadkiem czy siostrą, z rodzicami, w wojskowym mundurze czy szkolnym uniformie, na wycieczce do Krynicy i na zlocie towarzystwa gimnastycznego. Grupowe zdjęcia rodzinne stawały się pamiątką dla następnych pokoleń. Stare fotografie, o pożółkłych krawędziach, łatwopalne czarno-białe światy z zupełnie innej epoki, która skończyła się zaledwie kilkadziesiąt lat temu. W czasach dominacji kultury wizualnej (a czy istnieje jeszcze jakaś inna kultura?) autoportret zastąpiła autoprezentacja. Jesteśmy na pokaz, my i nasze życie, choć do końca nie wiadomo czy to realne, czy wyimaginowane, wykreowane na rzecz obserwatorów. Tożsamość konstruowana za pomocą obrazów. Selfies, nagrania wideo, blogi, Facebook. Już nie całe zdania, tylko słowa, znaczki, ikonki, symbole, emotikony. Międzynarodowy język znaków, który wielu milionom wystarczy, by wyrazić sympatię, oburzenie, złość, niezadowolenie, zachwyt, smutek i radość.

Każdego dnia robione jest ponad 2,4 miliarda różnych zdjęć. W ciągu 1960 roku powstawały około trzy miliardy zdjęć. Dziś, co kilka minut robionych jest więcej zdjęć niż w całym XIX wieku. Człowiek nieustannie kreuje swój wizerunek za pomocą nowych technologii i ma nadzieję, że po drugiej stronie ekranu tysiące odbiorców śledzą w napięciu i oceniają jego każdy ruch. Nieustający karnawał wirtualnych masek, kostiumów i ról. Współczesny człowiek zyskał możliwość wyboru, nie tylko tego, kim chce być, ale przede wszystkim tego, jak chce być postrzegany przez innych. Nieustannie wystawia swoje życie na pokaz, ale nie staje się przez to bardziej autentyczny. Z obawy przed zranieniem woli ukrywać swoje prawdziwe oblicze za zasłoną. Tworzy zbiór wyobrażeń na własny temat, już nie odkrywa swojej tożsamości, lecz kreuje tożsamość na potrzeby innych. Photoshop zgodnie z życzeniem pozwala poprawić wizerunek. Skracać, wydłużać, wygładzać, zmniejszać, powiększać, aż do momentu, w którym pierwowzór zupełnie zniknie zastąpiony przez wymodelowany według obowiązujących trendów twór. Nasz sposób postrzegania świata i siebie w tym świecie zależny jest od technologicznych możliwości obrazowania. Nie chodzi już wyłącznie o zapis „jak jest”, „jak może być”, ale jak „ma być”. Można przybierać maski, nadać sobie nowe imię, nowe cechy, radykalnie zmienić wygląd. W karnawale zakładanie masek wiązało się z zawieszeniem obowiązującego porządku. Maski są atrybutami komiksowych superbohaterów i superzłoczyńców. Zorro, Batman, Spiderman, Superman, Catwoman. Maska jednocześnie ukrywa, jak i odsłania prawdę o człowieku. Współczesną odmianą maski jest zarówno makijaż, twarz po korekcie w Photoshopie, jak i awatar stanowiący wizualną reprezentację osoby umieszczony w przestrzeni Internetu. Mimo że coraz więcej wizerunków, jakby coraz mniej nas samych.

Piśmiennictwo:

1. Barthes R.: Światło obrazu. Warszawa, Wydawnictwo KR, 1996 (tłum. J. Trznadel)
2. Płażewski I.: Spojrzenie w przeszłość polskiej fotografii. Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1982
3. Bogunia-Borowska M., Sztompka P. (red.): Fotospołeczeństwo. Antologia tekstów z socjologii wizualnej. Kraków, Znak, 2012
4. Caillois R.R.: Maska i trans. [W:] Janion M., Rosiek S. (red.): Maski. Transgresje. T. IV. Gdańsk, Wydawnictwo Morskie, 1986
5. Bauman Z.: Tożsamość. Rozmowy z Benedetto Vecchim. Gdańsk, Gdańskie Wydawnictwo Pedagogiczne, 2007 (tłum. Jacek Łaszcz)

Data utworzenia: 25.09.2018
FotografiaOceń:

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.